Nauka? Tak, poproszę

#doświadczenie   #nauka   #praca   #studia   #szkoła   #wiedza   #zawód  


17 grudnia, 2016
Udostępnij

Wielkie nagłówki popularnych portali, krzyczą „potrzebujemy fachowców!”. Studenci zastanawiają się nad tematami prac dyplomowych, a co lepsze, niektórzy kończą już pierwszy rozdział. Dumnie przechadzają się po uczelnianej bibliotece, gdzieniegdzie robiąc zdjęcia, częściej wypożyczając książki. Przechodzimy do pisania pracy, która przysparza problemów niejednemu pisarzowi. Musimy odtworzyć to, co ktoś już kiedyś napisał. Zmienić  zdanie, używać synonimów, parafrazować. Czeka nas nie lada wyzwanie.

W centrum miasta przechadzają się panowie w śmiesznych, niebieskich stylizacjach, z żółtym kaskiem na głowie. Mijamy się, zastanawiając się, czy oni szanują nas, czy my drwimy z nich… Czy ciężka praca fizyczna uszlachetnia bardziej niż stosy wypożyczanych książek? Czy papierek, który staje się dowodem na zdobycie wykształcenia, jeszcze ma znaczenie?

Zbuntowana dziewczyna nie chciała się uczyć. Wolała zastanawiać się nad tym z kim i gdzie spędzi wieczór. Miała 15 lat. Koniec roku szkolnego oznaczał ekstremalny bieg od jednego nauczyciela do drugiego. „Kiedy można poprawić ocenę i czy jest jeszcze czas, by napisać zaległą kartkówkę”? Nie był to bunt spowodowany poziomem polskiego szkolnictwa, raczej ciekawość innego, nieodkrytego świata. Poza tymi godzinami lekcyjnymi, istniał lepszy krajobraz. Krajobraz, który musiał ulec zmianie. Rodzice i nauczyciele, przypominali: „Martyna, musisz się ogarnąć”. Polonistka chwaliła za napisaną – chociaż raz na czas – pracę. „Jeśli się postarasz, masz szansę osiągnąć wiele. Bardzo dobrze piszesz. Jak Szymborska”. W taki sposób, przez przykłady, próbowała zaszczepić we mnie umiejętność uczenia się i tworzenia. Byłam jednak oporna… Ale ileż można poprawiać wszystko w jeden tydzień, martwić się, czy zda się do następnej klasy? Nawet taka buntowniczka jak ja, musiała w końcu zmięknąć.

15578748_1282680788461058_3936189370567081620_n

Zaproszenia do teatru, dodatkowe lektury, nieobowiązkowe teksty, zostawanie na dodatkowe lekcje – to, coś co zawdzięczam Poloniście, który był moim nauczycielem w liceum. Człowiek, którego szanowałam (szanuję) za wiedzę. Który potrafił od jednego tekstu przejść do innej książki i połączyć je zaskakującą puentą. „Nauczyciele nie są tacy źli, dobrze wiedzieć więcej” – pomyślałam. Rozpoczęła się moja przygoda. Do matury uczyłam się z przyjemnością. Podczas, gdy moi znajomi wyjeżdżali na majówkę, ja doczytywałam teksty Baczyńskiego i szukałam piosenek Osieckiej. Przyniosło to o wiele więcej satysfakcji niż zdobycie % na egzaminie dojrzałości.

Na studiach, jak to na studiach… Zdarza się niemłody profesor, który przez półtorej godziny, patrząc w sufit, chce przekazać swoją wiedzę. Nie zwraca uwagi na to, że wszyscy zasypiają. On tutaj przyszedł wykonać swoją pracę i mieć święty spokój. Ale są też tacy, którzy znowu chcą udowodnić, że ta teoria, której się uczymy, przyda się na wielu płaszczyznach. I do takich zajęć, do takich osób, wracamy z przyjemnością, nawet jeśli oznacza to spędzanie na Uczelni poniedziałkowego poranka czy piątkowego wieczoru.

Jeśli nie będzie w nas chęci zdobycia wiedzy, to żadne oceny nie pomogą w zdobyciu przyszłego zawodu. Papierek jest wątpliwym dowodem na zdobyte umiejętności. Ważne więc, aby obok książek, w parze szła praktyka. Jak powiedział profesor Uniwersytetu Śląskiego, Ryszard Koziołek: „Czysta pasja bez wiedzy i umiejętności, jest niefunkcjonalna, ostatecznie się spali. Żeby pasja trwała musi przynosić coś konkretnego, musi prowadzić do poznania, do wytworzenia, do osiągnięcia czegoś”. (materiał Telewizji Internetowej „UŚ TV”).