Niebezpieczeństwo w damskim wydaniu

#aktorzy   #emocje   #film   #kino   #ludzie   #społeczeństwo  


19 listopada, 2016
Udostępnij

Rasa psa czy człowieka? Specyficzny rodzaj zachowania symbolizujący agresję czy strach? Na sali wzbudza śmiech czy pogrom? Ani jedno, ani drugie.

Mój wrodzony dystans w stosunku do polskich filmów, pod wpływem kolejnych przypływów geniuszu reżyserów, coraz częściej utwierdza mnie w zdaniu, że wcale nie jest on nieuzasadniony. Płytkie fabuły, ciągle te same twarze, dialogi z wysublimowaną kur_ą, a całość podana z kompromitującą puentą, albo nawet jej brakiem. Dla jasności – nie wrzucam wszystkich do jednego worka. Zazwyczaj upycham na boki, a jak znajdę coś wartościowego to wyjmuję. Metka „Made in Poland” oczywiście nie zawsze świadczy o gorszej jakości produktu. Jednak sporo o nim mówi całość wykonania, zatrudnieni do tego ludzie oraz w rzeczy samej- ocena klientów, a w tym przypadku widzów. Czy kontynuacja filmu „Pitbull” zrobiona została dla pieniędzy czy może posiadała wyższy cel rozwoju wśród społeczeństwa?

Zaczyna się mocnymi napisami odnośnie procenta kobiet przyjętych w zeszłym roku do policji. Niemalże połowa to drobne kobiety, które siły posiadają więcej niż niejeden mężczyzna. Potrafią w każdej chwili obezwładnić płeć przeciwną, nawet za pomocą wzroku, w sposób bezdotykowy. Cud? Nie, gaz pieprzowy. Chcą pracować 8 godzin dziennie w biurze, najlepiej z nogami w górze, aby potem wyłączyć myślenie i wrócić do domu na dalszy odpoczynek. Emerytura szybko, więc ryzyko małe. Równouprawnienie przemawia mocniej od ich fizycznej siły. Nie brakuje im pewności siebie, rozumianej w oparciu o emocjonalną siłę. Chcą biegać szybciej, myśleć logiczniej, a przede wszystkim zdominować mężczyzn, bo poza łóżkiem też to potrafią. Oczywiście oprócz tych dobrych charakterów, posiadają też złe cechy, ale po co drążyć temat?

pexels-photo-110215

Sporo znanych twarzy. W damskim gronie: Maja Ostaszewska,  Joanna Kulig, Anna Dereszowska i Alicja Bachleda-Curuś, po drugiej stronie: Sebastian Fabijański, Piotr Stramowski,  Andrzej Grabowski i Artur Żmijewski. Kolejność nazwisk nie jest przypadkowa. Nie świadczy także o ważności w zagranych scenach filmu, ani o liczbie filmów na filmwebie. Dałam Wam zagadkę godną zabawy w „Pitbulla”. Całość oceniam dobrze jak na te realia. Trochę się uśmiałam, trochę zatykałam uszy, ale film okazał się do schrupania. Jako jedna z nielicznym kobiet nie wzdychałam głośno do aktora w irokezie. Może dlatego, że nie musiałam tego robić ze względów czysto estetycznych. Wygraną filmu jest postać wielkiego macho, którego obwód mięśni, w ogóle nie jest równomiernie rozłożony z inteligencją. Można by rzec, że nawet jej brak, chociaż to też ma swoje uroki bo momenty, w których się zaśmiałam były wyłącznie dzięki tej postaci.

Na tę część do kina zabrał mnie już sam tytuł, a nawet jego część „(…) Niebezpieczne kobiety„. Skoro w pierwszej części przemawiała do widzów mafia, porachunki gangsterskie i niebanalne teksty dziewczyny policjanta, to w drugiej zaciekawić nas mógł jeszcze mocniej kobiecy wdzięk. Czyli to, co wszyscy lubią najbardziej. Oprócz tego wątek miłości i to nawet niejednej, jedynie z podziałem na szczerą lub nie mniej.

Jeśli miałabym dać specjalną nagrodę dla najlepszego aktora tego filmu, chyba zostawiłabym ją dla siebie. Natomiast każda z przedstawionych postaci wniosła coś do tego filmu, mniej lub więcej, ale jednak. Oczywiście na plusa zasłużyła Joanna Kulig, która wcieliła się w postać Zuzy i znakomicie na tym wyszła. Charakterna kobieta z włosami blond, jak dla mnie była najjaśniejszą postacią tego filmu, najsłabszą – Alicja Bachleda-Curuś. Pomimo cukierkowej urody i talentu aktorskiego, dla mnie była zbyt mocno przerysowaną postacią. Matka Polka, w wolnych chwilach zajmującą się zabójstwem i to nawet niejednym. W szpilkach chciała robić wszystko – mordować, jednocześnie zbawiając świat. Dereszowska, Cielecka na swoim poziomie, w przyjemny sposób ubarwiały film. Plus za połączenie życia w policji, z tym prywatnym, który w tych przypadkach był nawet ciekawszy. Artur Żmijewski miał jedną z lepszych okazji by wykazać się swoimi umiejętnościami (od czasu doktora Burskiego) i tego nie zrobił. Poważne, gangsterskie sceny zagrał z jakimś grymasem na ustach, który bardziej bawił niż straszył. Może taki był zamiar? Jeśli tak, to udało mu się nie wychodzić poza rolę dobrego człowieka z Zielonej Góry. Foremniak byłaby zadowolona. Zdecydowanie nad Stramowskim (Majami) dominował Fabijański (Cukier). Niby panowanie się ścigali, a jakoś długo nie mogli się złapać na wykroczeniu. Całość to wielki wyścig, bez fajerwerków, ale z happy endem.

Wybór należy do Ciebie. Pomimo, że może całość nie wniosła nic do mojego życia, a światopogląd się nie zmienił pod wpływem prezentowanych tam wartości, to chociaż miło spędziłam czas z kartą unlimited. Dla przypomnienia niektórzy chodzą jeszcze na film, a nie do kina.

„Buum”. O, mandacik za przeklinanie.